piątek, 28 listopada 2014

Kowbojskie klimaty

Dzisiejszy zestaw jakoś kojarzy mi się z Dzikim Zachodem. Jeszcze tylko koszuli w kratę brakuje zamiast swetra. I pasa z rewolwerem. Tylko klimat taki niezbyt dzikozachodni. Słońca mało, z melatoniną coś nie tak, wstawać się nie chce... Fale nastrojów szaleją, zajęcia mi brak. Jednak próbuję się ogarniać życiowo, aczkolwiek los bezrobotnego łatwy nie jest :p Muszę wymyślić sobie alternatywne źródła dochodu, bo owszem wolontariat może i daje satysfakcję, ale zasoby topnieją, oj topnieją. A tu jeszcze Święta idą, ogarnia mnie powoli światełkowe i wieńcowe szaleństwo, zaczynam myśleć o prezentach... No dobra, coś chyba za szybko się rozmarzyłam ;)

Sweter, tak jak wszystkie moje swetry, to lumpeksowa zdobycz, która jest bardzo ciepła i sprawdza się idealnie. Mój mężczyzna co prawda sprzeciwiał się jego zakupowi, bo "po co ci kolejny sweter, na półce się nie mieszczą", ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. A kapelusz, wiadomo, robi klimat.







niedziela, 23 listopada 2014

Buongiorno Roma!

Wróciłam naładowana dawką słońca. W Rzymie było pięknie, choć przywitał nas deszczem. W końcu w listopadzie pada nawet we Włoszech ;) Deszcz nie przeszkodził nam jednak w spacerze po chyba największym rzymskim parku - Villa Borghese. Stamtąd zupełnie przypadkowo doszliśmy do Piazza del Popolo, na który widok z góry robi ogromne wrażenie. To jest właśnie świetne w dreptaniu po Rzymie - zawsze gdzieś dojdziesz, zawsze trafisz na jakieś piękne miejsce, bo jest ich tam po prostu ogromnie dużo. Dlatego uważam, że zrobienie na piechotę kilkudziesięciu kilometrów przez parę dni było najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy sobie zafundować. Tym bardziej, że podczas kolejnych dni naszego pobytu pogoda była piękna, a termometry na aptekach, których jest tam chyba jeszcze więcej niż w Polsce, pokazywały nawet 25 stopni.

Piazza del Popolo


Widok na Forum Romanum i Koloseum



Co powiedzieć o Rzymie? Nie chcę pisać przewodnika, ustalać komuś tras itp., bo najlepiej jest, gdy samemu ustalasz co chcesz robić i kiedy. Tym bardziej, że w tym mieście jest to naprawdę łatwe. Zupełną prawdą jest to, co mówi się o włoskiej otwartości. Przez ponad 20 lat mojego życia nie zdarzyło mi się, żeby ktoś na przystanku podszedł do mnie i powiedział, żebym nie czekała na autobus, bo właśnie dostał telefon od żony, że na mieście jest korek i dużo szybciej będzie metrem. Nie zdarzyło mi się, żeby na moją odpowiedź, że nie wejdziemy do knajpy, do której zapraszał nas właściciel, bo chcemy teraz pospacerować, odpowiedział, że spacer to też dobry wybór i polecił świetne miejsca do zobaczenia. Tam jest jakoś łatwiej o uśmiech i życzliwość. Więcej słońca. Krótka koszulka w listopadzie, piekące słońce i mandarynki rosnące na ulicach. Żyć nie umierać.









Co jeszcze mi się podobało? Picie wina wszędzie :D Na fontannie, na ławce, pod pomnikiem przy ruchliwej ulicy, na plaży. W tym mieście wszystko jest szybkie, ale tak łatwo tam zwolnić. To jak z samochodami. Jeździ ich tam mnóstwo, ciągle. I trąbią na wszystko, chyba dla zasady. Kierowcy nic nie robią sobie ze świateł, ale gdy piesi po prostu włażą na środek drogi wszyscy się zatrzymują. I nie trąbią. To chyba taki obopólny układ. 

Jest też drugie oblicze miasta, nocne, ciemne i brudne. W nocy w zaułkach i na ulicach widać mnóstwo bezdomnych, mniej uczęszczane miejsca są pełne śmieci, praktycznie nie ma koszy na śmieci i nie uświadczysz nigdzie całodobowej toalety. No i dworzec Termini jest zamknięty w nocy. To chyba był dla mnie największy szok, Żeby na takim gigantycznym dworcu nie było poczekalni. A no i jeszcze raz nas orżnęli na kasę. To takie ludzkie, wykorzystać czyjąś niewiedzę.

Jedzenie? Pyszne. Tam wszystko smakuje jakby bardziej. Nie wiem, z czego to wynika. Owoce są bardziej owocowe. Ananas ma mnóstwo smaków, nie czuć go tylko cukrem. Twarożek jest cudownie śmietankowy, cieniutki plasterek prosciutto daje mnóstwo aromatu, a o lodach można by poemat napisać. No i pizza. Teraz już są u nas miejsca (np. moja ukochana Mąka i Kawa w Gdyni), które serwują włoską pizzę. Jednak ta prawdziwa nie ma nic wspólnego ze smakiem z sieciówek czy innych pseudo pizzerii zalewających kiepski smak masą sosu. W Rzymie jedliśmy też pinsę - to antyczna odmiana pizzy serwowana na grubszym cieście i bardziej nasączona oliwą. 

Pinsa


Campo de Fiori (swoją drogą spodziewałam się czegoś duuużo większego)

Ulubione miejsce? Piazza Navona. Tam wszystko wygląda jak w filmie. Świeciło słońce, muzycy grali na żywo, trzepotały skrzydła gołębi, szumiały fontanny, ludzie pili kawę z malutkich filiżanek. Mogłabym tam siedzieć godzinami i napawać się klimatem. Podobnie jak na Zatybrzu, które było dawniej rzymską wsią. Tam na każdym kroku rzeczywistość serwuje obrazki jak z fototapety - kolorowe kamienice, zielone balkony, okiennice, bluszcz zwieszający się ze ścian budynków. I ludzie. Mnóstwo ludzi, ale dopiero w okolicach 20. Wcześniej znalezienie miejsca na zjedzenie obiadu jest naprawdę trudne. Jednak wieczorem Trastevere ożywa i to jak! Ciężko to opisać, to jakby jedna wielka biesiada, celebrowanie posiłków, rozmowy, radość ze spotkań. Przez przypadek trafiliśmy do miejsca obleganego przez Włochów, w którym każdy stolik był zajęty, a od gwaru rozmów aż szumiało w uszach. Fantastycznie było siedzieć w środku tego ula i chłonąć doznania. 


Piazza Navona


Jeden z wielu aniołów na moście prowadzącym do Zamku św. Anioła

Św. Piotr i Bazylika


Na Zatybrzu

Mogłabym pisać i pisać. Powiem po prostu, że naprawdę warto tam pojechać. Pełna torba wrażeń gwarantowana. Tanie linie lotnicze od teraz stają się moim przyjacielem. Za naprawdę nieduże pieniądze (wiem, co mówię; jestem teraz bezrobotna :P) można przeżyć przygodę życia. Kolekcjonowanie wspomnień to chyba najlepsze hobby.


niedziela, 16 listopada 2014

Wątpliwe uroki

Jak jeszcze kilka dni temu zachwycałam się mgłą i jej eterycznością, tak po paru dniach oglądania jej non stop i konieczności włączania światła o 13.30, bo inaczej nie da się książki czytać, jestem już nieco zmęczona. Reprezentuję zatem klasyczny przykład kobiecej zmienności. Co jeszcze mnie wkurza? Wychodząc dzisiaj z domu, miałam zamiar zrobić kilka zdjęć mojej "stylizacji", jednak miejscówka była zajęta przez spacerowiczów z psami, a szczerze mówiąc nie lubię się rozbierać przy ludziach, bo patrzą na mnie z politowaniem ;) Stwierdziłam więc, że zrobimy zdjęcia, "jak będziemy wracać". Nie przewidziałam tylko, że po 15 minutach będzie już ciemniej niż w jądrze ciemności. A wiadomo, jakie są zdjęcia z lampą - jakby chciały, a nie mogły. Pozostaje mi tylko westchnąć.

Nadszedł już jednak ten moment, że mogę się Wam pochwalić. Jutro rano wylatuję do Rzymu na kilka dni. Odpocznę od zasnutego nieba i kleistego powietrza. Bo tam listopad ma niewiele wspólnego z polskim. Tak przynajmniej słyszałam :P






środa, 12 listopada 2014

Mgła nadaje rzeczom urok

W całej tej jesiennej aurze, nie w złotej i szeleszczącej pod stopami, ale w tej drugiej, gorszej, chyba jedyną piękną rzeczą jest mgła. Nie wiem, co kto lubi, ale mnie deszczowy listopad autentycznie doprowadza na skraj. Aż czasem mam ochotę rzucić butem w ścianę deszczu. Jak by to miało pomóc. 

Mgła nadaje rzeczom urok, dorzuca coś od siebie. Jakby tajemnicę, może zaproszenie, żeby w nią wejść. Wśród drzew wygląda pięknie. Brakuje tylko fauna, albo innych baśniowych stworzeń. Tak by pasowały do tego obrazka.

Czułam się wyjątkowo wśród drzew i liści. Jakoś tak eterycznie, jakby za chwilę zza pnia naprawdę miał wyjrzeć Faun na kozich nogach.







środa, 5 listopada 2014

Niezwykły dzień

Dzisiejszy dzień jest dla mnie niezwykły bynajmniej nie z pozytywnych powodów. Co jest przyczyną jego niezwykłości? A no jakaś zjadliwa forma grypy żołądkowej, która jednak przebiegła bez klasycznych objawów, nad którymi nie będę się rozwodzić ;) Spędziłam w łóżku dzień z gorączką i straszliwym bólem żołądka, który ewidentnie nie myślał pracować. Ból potęgował nawet łyk wody i nie miałam siły wrócić o własnych siłach z kuchni, gdzie powstawało remedium na wszelkie dolegliwości żołądkowe - gorzka herbata ;). Byłam zmuszona więc usiąść na stołeczku i przeczekać moment słabości, bo moje silne wspierające męskie ramię było w pracy. Kobieto, puchu marny... 
Jak się wszystko nagle zaczęło, tak i nagle przeszło, bo w tym momencie myślę całkiem trzeźwo, nie muszę leżeć i nawet zjadłam banana. Trzymajcie kciuki, żeby mi się jutro nie nawróciło.

A na okrasę moich wynaturzeń zdjęcia z pięknego, słonecznego dnia, kiedy wszystko było ze mną dobrze i śmiałam się, buszując w liściach.