niedziela, 23 listopada 2014

Buongiorno Roma!

Wróciłam naładowana dawką słońca. W Rzymie było pięknie, choć przywitał nas deszczem. W końcu w listopadzie pada nawet we Włoszech ;) Deszcz nie przeszkodził nam jednak w spacerze po chyba największym rzymskim parku - Villa Borghese. Stamtąd zupełnie przypadkowo doszliśmy do Piazza del Popolo, na który widok z góry robi ogromne wrażenie. To jest właśnie świetne w dreptaniu po Rzymie - zawsze gdzieś dojdziesz, zawsze trafisz na jakieś piękne miejsce, bo jest ich tam po prostu ogromnie dużo. Dlatego uważam, że zrobienie na piechotę kilkudziesięciu kilometrów przez parę dni było najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy sobie zafundować. Tym bardziej, że podczas kolejnych dni naszego pobytu pogoda była piękna, a termometry na aptekach, których jest tam chyba jeszcze więcej niż w Polsce, pokazywały nawet 25 stopni.

Piazza del Popolo


Widok na Forum Romanum i Koloseum



Co powiedzieć o Rzymie? Nie chcę pisać przewodnika, ustalać komuś tras itp., bo najlepiej jest, gdy samemu ustalasz co chcesz robić i kiedy. Tym bardziej, że w tym mieście jest to naprawdę łatwe. Zupełną prawdą jest to, co mówi się o włoskiej otwartości. Przez ponad 20 lat mojego życia nie zdarzyło mi się, żeby ktoś na przystanku podszedł do mnie i powiedział, żebym nie czekała na autobus, bo właśnie dostał telefon od żony, że na mieście jest korek i dużo szybciej będzie metrem. Nie zdarzyło mi się, żeby na moją odpowiedź, że nie wejdziemy do knajpy, do której zapraszał nas właściciel, bo chcemy teraz pospacerować, odpowiedział, że spacer to też dobry wybór i polecił świetne miejsca do zobaczenia. Tam jest jakoś łatwiej o uśmiech i życzliwość. Więcej słońca. Krótka koszulka w listopadzie, piekące słońce i mandarynki rosnące na ulicach. Żyć nie umierać.









Co jeszcze mi się podobało? Picie wina wszędzie :D Na fontannie, na ławce, pod pomnikiem przy ruchliwej ulicy, na plaży. W tym mieście wszystko jest szybkie, ale tak łatwo tam zwolnić. To jak z samochodami. Jeździ ich tam mnóstwo, ciągle. I trąbią na wszystko, chyba dla zasady. Kierowcy nic nie robią sobie ze świateł, ale gdy piesi po prostu włażą na środek drogi wszyscy się zatrzymują. I nie trąbią. To chyba taki obopólny układ. 

Jest też drugie oblicze miasta, nocne, ciemne i brudne. W nocy w zaułkach i na ulicach widać mnóstwo bezdomnych, mniej uczęszczane miejsca są pełne śmieci, praktycznie nie ma koszy na śmieci i nie uświadczysz nigdzie całodobowej toalety. No i dworzec Termini jest zamknięty w nocy. To chyba był dla mnie największy szok, Żeby na takim gigantycznym dworcu nie było poczekalni. A no i jeszcze raz nas orżnęli na kasę. To takie ludzkie, wykorzystać czyjąś niewiedzę.

Jedzenie? Pyszne. Tam wszystko smakuje jakby bardziej. Nie wiem, z czego to wynika. Owoce są bardziej owocowe. Ananas ma mnóstwo smaków, nie czuć go tylko cukrem. Twarożek jest cudownie śmietankowy, cieniutki plasterek prosciutto daje mnóstwo aromatu, a o lodach można by poemat napisać. No i pizza. Teraz już są u nas miejsca (np. moja ukochana Mąka i Kawa w Gdyni), które serwują włoską pizzę. Jednak ta prawdziwa nie ma nic wspólnego ze smakiem z sieciówek czy innych pseudo pizzerii zalewających kiepski smak masą sosu. W Rzymie jedliśmy też pinsę - to antyczna odmiana pizzy serwowana na grubszym cieście i bardziej nasączona oliwą. 

Pinsa


Campo de Fiori (swoją drogą spodziewałam się czegoś duuużo większego)

Ulubione miejsce? Piazza Navona. Tam wszystko wygląda jak w filmie. Świeciło słońce, muzycy grali na żywo, trzepotały skrzydła gołębi, szumiały fontanny, ludzie pili kawę z malutkich filiżanek. Mogłabym tam siedzieć godzinami i napawać się klimatem. Podobnie jak na Zatybrzu, które było dawniej rzymską wsią. Tam na każdym kroku rzeczywistość serwuje obrazki jak z fototapety - kolorowe kamienice, zielone balkony, okiennice, bluszcz zwieszający się ze ścian budynków. I ludzie. Mnóstwo ludzi, ale dopiero w okolicach 20. Wcześniej znalezienie miejsca na zjedzenie obiadu jest naprawdę trudne. Jednak wieczorem Trastevere ożywa i to jak! Ciężko to opisać, to jakby jedna wielka biesiada, celebrowanie posiłków, rozmowy, radość ze spotkań. Przez przypadek trafiliśmy do miejsca obleganego przez Włochów, w którym każdy stolik był zajęty, a od gwaru rozmów aż szumiało w uszach. Fantastycznie było siedzieć w środku tego ula i chłonąć doznania. 


Piazza Navona


Jeden z wielu aniołów na moście prowadzącym do Zamku św. Anioła

Św. Piotr i Bazylika


Na Zatybrzu

Mogłabym pisać i pisać. Powiem po prostu, że naprawdę warto tam pojechać. Pełna torba wrażeń gwarantowana. Tanie linie lotnicze od teraz stają się moim przyjacielem. Za naprawdę nieduże pieniądze (wiem, co mówię; jestem teraz bezrobotna :P) można przeżyć przygodę życia. Kolekcjonowanie wspomnień to chyba najlepsze hobby.


9 komentarzy:

  1. Super zdjęcia, od razu przypomniała mi się moja marcowa wycieczka do Włoch. Rzym jest przepiękny!

    mój blog- ultradefensless

    OdpowiedzUsuń
  2. aaaale ja Ci tej podróży zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękne zdjęcia, jeszcze piękniej ubrane w słowa! Miał rację ten, kto powiedział, że Rzym jest jak narkotyk! Ściskam z Południa <3

    OdpowiedzUsuń
  4. niestety nie miałam jeszcze okazji być we Włoszech. Twoje zdjęcia są zachęcające, dzięki nim tym bardziej chcę tam być :)


    tojasolange.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Zachwycają mnie te wąskie, brukowane uliczki i piękne, stare kamienice :)

    OdpowiedzUsuń
  6. cudowne widoki, zachwycają mnie kamienice i uliczki. Włochy to w ogóle piękny kraj ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. zazdroszczę <3 piękna fotorelacja :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super zdjęcia :) Zazdroszczę :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń