wtorek, 29 stycznia 2013

Pasiasty sweter

Sprawdziła się moja teoria, że nie warto wydawać większych sum na swetry w sieciówkach, gdyż fantastyczne swetry czekają na nas w sh i aż proszą, żeby zabrać je ze sobą do domu. Żebrzą wręcz, takie są tanie. Nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z okazji. Czasem myślę, że w sobotni poranek ktoś powinien mnie przywiązywać do kaloryfera. Niebezpieczeństwo przyniesienia kolejnych rzeczy z lumpeksów do domu byłoby wyeliminowane ;)
A poza tym? Stałam się ostatnio fantastycznym widowiskiem dla starszej Pani w różowych papilotach, która bez żenady przyklejała nos do szyby, wpatrując się we mnie, jakbym co najmniej była niezrównoważona psychicznie. Nie wiem, co dziwnego ludzie widzą w osobie w samym swetrze przy zdecydowanie ujemnej temperaturze na dworze :D Trzeba przecież hartować ciało. Ostatnio 'zahartowałam' swoje, pałaszując z moim mężczyzną górę naleśników. Były przepyszne. A że zjedliśmy porcję na dwa dni... No cóż, zdarza się najlepszym.


czwartek, 24 stycznia 2013

Kropla koloru

A może raczej cała paleta, która bezceremonialnie pokryła moje spodnie, nie zważając na to, że zima, że szaro, buro i ciemno, i że do wieku nie przystoi.
Zaczęłam realizować mój cel, czyli uzupełniać szafę o spodnie, które nie są jeansami. Jeansy, owszem, są bardzo praktyczne i ratują w sytuacjach bez wyjścia. Ale gdy mam chwilę, żeby trochę pokombinować ze strojem, wolałabym, żeby jego częścią nie były jeansy. Koszula jeansowa to już co innego. Ostatnio poczułam się w nich bardzo dobrze. Kolejna wisi w szafie i czeka na wybielenie. Choć może ombre na ciuchach już nie robi takiego szału, mam zamiar wrzucić koszulę do wybielacza i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Ombre pokochałam miłością bezgraniczną, co widać od ponad roku na moich włosach. Ani trochę mi się nie znudziły.
Ostatnio dużo się działo, stąd zaniedbanie bloga. Trochę zawirowań i garść fantastycznych przeżyć nie do zapomnienia. Kolejny już raz obiecuję poprawę. Może tym razem podciągnę to pod postanowienia noworoczne ;)

Lubię czasem zanurzyć się w takich wielkich ciuchach i eskimosowych butach. Wiem, że nie poślizgnę się w nich na przejściu dla pieszych. I na pewno nic mi nie będzie znikąd wystawać ;)


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Dzień triumfu

Patetycznie i z pompą brzmi tytuł dzisiejszego posta. Ale tak się właśnie dziś poczułam. Jakby fanfary zagrały na moją cześć. Stwierdziłam, że muszę się tym z Wami podzielić. Bo w ogóle cały świat powinien wiedzieć, że dostałam dzisiaj zaliczenie ostatniego egzaminu na szacownej uczelni, za jaką chciałaby uchodzić Politechnika Gdańska. Po wielu trudach i szarpaninach, nerwach i nieprzespanych nocach, zobaczyłam upragnione 3. Teraz pozostało mi już tylko dokończenie pracy inżynierskiej i obrona, ale traktuję to bardziej jako formalność i uroczyste zwieńczenie siedmiu semestrów harówki. Tak mi dziś radośnie i lekko. Jestem żywym dowodem na to, że nawet jeśli coś w życiu nie wychodzi, nie układa się po naszej myśli, zaskakuje bardziej niż fakt, że koniec świata był sfingowany - nigdy nie można opuścić rąk i stwierdzić, że coś nas pokonało. Wiele razy przez ostatnie lata czułam się przygnieciona problemami i niezbyt różowymi perspektywami. Okazało się jednak, że nic, co się po drodze wydarzyło, nie wpłynęło na to, że moje życie stało się gorsze. Wszystko dzieje się po coś. Dostałam solidną lekcję od życia po to, żeby zrozumieć, że z każdego dołu można wyjść. Czasem ktoś poda Ci drabinę, a czasem okazuje się, że wystarczy podskoczyć i już jesteś na powierzchni. Żaden problem nie jest wart tego, żeby podporządkowywać mu swoje życie i myślenie - to mówię Wam ja - naczelny pesymista kraju, który taki właśnie błąd popełniał - myślał, że super mega wielki problem, którego nie możesz unieść, to koniec drogi. To nigdy nie jest koniec. Zawsze można wybrać inną ścieżkę.

Mam nadzieję, że chociaż część z Was przeczyta to, co miałam do powiedzenia. Mówiłabym dalej, gdybym nie miała świadomości, że i tak większość rzuci okiem na kolczyki ze zdjęcia poniżej i kliknie w czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu. 

Kończąc filozofowanie, przejdę do zdjęć. Na sobie mam jeansową koszulę, bez której moja szafa byłaby ewidentnie niepełna oraz bordowe rurki. Przyznaję szczerze, że jeansowe spodnie jakoś mi się znudziły. Próbuję wyszukiwać inne materiały, które również będą wyglądać dobrze, jednak nie jest to proste. Żeby nie było tak ostro (bo kolczyki ostre i wisiorek jakby też), założyłam buty na obcasie, które ewidentnie powodują u mnie wzrost poczucia kobiecości.


czwartek, 10 stycznia 2013

Wyprzedażowa koszula

Jak pisałam w poprzednim poście, w czasie zakupów na wyprzedażach byłam wobec siebie dosyć restrykcyjna. Zaowocowało to kupieniem kilku rzeczy, które rzeczywiście przydają mi się w szafie. Jedną z nich jest właśnie czarna koszula z transparentnego materiału. Fason nie jest może typowo koszulowy, bo nie ma kołnierzyka, ale za to spełnia podstawowy założony warunek - jest trochę dłuższa, więc mogę ją nosić też do leginsów. Kolor wybrałam celowo, żeby pasowała do wszystkich odrobinę niezwykłych spodni. Co prawda, nie mam ich za wiele, ale przestawiam szafę z toru jeansowego na inne materiały, a one same w sobie już są niezwykłe ;)
Koszula wydaje mi się idealna zarówno na egzamin, wyjście z przyjaciółkami na kawę, czy do kina. Coraz bardziej skłaniam się do uniwersalnych fasonów, mogących służyć w wielu sytuacjach, a przede wszystkim ratujących nas w kryzysowej sytuacji, gdzie przed oczami widnieją sterty ubrań, a w głowie szumi rozpaczliwe: Nie mam się w co ubrać!
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że moje ubieranie jest bardziej świadome i bardziej świadomie wybieram elementy garderoby w czasie zakupów. To chyba znaczy, że powoli wydeptuję sobie ścieżkę w kierunku własnego, w pełni zdefiniowanego stylu.

Prosto i bez zbędnych dodatków. Myślę, że koszula i spodnie świetnie się uzupełniają. A do tego rockowe buty i torba, z którą ostatnio się nie rozstaję.
Efekty zabawy z edytorem zdjęć ;)


I niech wreszcie na dworze zrobi się jakoś bardziej przyjaźnie, bo zdjęcia w domu zdecydowanie nie są moim fotografowym marzeniem.

niedziela, 6 stycznia 2013

Winter time

Przeminęły Święta (bardzo żałuję). Przeminął Sylwester (tego akurat żałuję nieco mniej, bo nie lubię przedsylwestrowej napinki, która wymaga od nas, aby akurat w ten wieczór przeżyć najwspanialszą imprezę roku, świetnie się bawić i zjawiskowo wyglądać. Ale owszem, pokaz fajerwerków był piękny ;)). Więc co nastało? Wśród listy rzeczy, które wysypały się z noworocznego worka, są i one. Wyprzedaże. Wielkie i krzyczące z czerwonego tła ogromnymi minusami i jeszcze większymi procentami. Tak, lubimy to...
W tym roku postanowiłam nie kupować wszelkiego rodzaju badziewia, tylko dlatego, że jest tanie (co oczywiście zawsze wcześniej mi się zdarzało). Zastanowiłam się, na co od dawna mam ochotę, ale jakoś wcześniej tego nie kupiłam; co jest mi potrzebne, co będzie uniwersalne nie tylko zimą, ale i wiosną i co zimowego warto kupić na wyprzedaży. W ten sposób powstała moja lista rzeczy, na które powinnam szczególnie zwracać uwagę w czasie polowania. Oto i ona:

Trzymałam się jej dosyć sztywno. I jestem bardzo dumna, że spełniłam swoje założenie. Nie wszystko udało mi się kupić, bo po pierwsze nie starczyłoby mi na wszystko środków ;) Ale też nie wszystko spełniało moje wymagania. Na przykład znalazłam piękne bordowe lordsy za 45 zł, ale nie kupiłam ich, bo były niewygodne. Moje stopy będą mi za to dziękować. Stwierdziłam też, że nie kupię żadnego swetra, mimo że jest ich mnóstwo w atrakcyjnych cenach. Po prostu mam dużo swetrów w szafie, a poza tym za grosze kupuję je w sh.

A poniżej kilka zdjęć z wczorajszego spaceru w ramach wietrzenia umysłów :) Piękna jest Gdynia wieczorem. Cudownie morze szumi. I cudownie jest mieć kogo trzymać za rękę, upajając się tym pięknem.